vuko - charakterniak, czy egoista?
Gdy Vuko został kapitanem Legii, z kręgów okołodrużynowych szybko można było usłyszeć, że Serbowi “pojebało się w głowie”. Fakt, zachowywał się inaczej, był wręcz agresywny wobec kolegów, ale mnie to wtedy nie martwiło. Wprost przeciwnie, cieszyło. Nareszcie weźmie się za towarzystwo - myślałam. Potem jednak coś mi zaczęło w tym wszystkim nie pasować.
Vuko od początku poczuł władzę. Darł się ochoczo na Chiniego, na boisku ze dwa razy mało nie przyłożył Gizie. Pamiętacie bramkę dla “wojskowych” zdobytą w Sosnowcu? Wielki pokaz nieudacznictwa zakończony szczęśliwym wepchnięciem piłki do siatki. I scenka chwilę później - Vuković podbiegający do duetu Chini-Gizmo, ale nie po to, by gratulować. Aco zrugał zszokowanego Gizę jak psa. Już wtedy mnie zirytował, ale gdzieś tam w głowie była myśl, że za taką ułomność kara się należy, że nie wykorzystywanie takich sytuacji to piłkarski analfabetyzm.
Może jednak dlatego, że lubię Gizę i jest mi go żal, w głowie była też inna myśl. “Halo, ziemia do Vuko. Czy to oby czas i miejsce na takie opierdalanki?!” - pomyślałam. Jaki jest Giza wie każdy, kto miał okazję zamienić z nim kilka słów. Gość, który potrafi się zblokować za byle gówno. Gość, który w ogóle w siebie nie wierzy. Gość, który nie należy do osobowości “opierdziel mnie, a ja ci pokażę”. Spokój i jeszcze raz spokój - to na niego działa. Mniemam, że Vuković, trenując z Gizą dzień w dzień, doskonale to wie. To co robił tam na boisku w Sosnowcu? Gdzie był kapitan, który powinien pogratulować bramki i rzucić: to teraz ich golimy! No gdzie? Kapitana nie było, był tylko krzykacz. A przecież ta drużyna rozpaczliwie go potrzebowała. Nie tego nabuzowanego Vuko, który gotów był pogryźć każdego kolegę z boiska. Takiego, który gryzłby ziemię i rywali. No cóż, nadzieja matką głupich. Rozbita Legia dała sobie wbić dwa gole, a Vuković złapał się po meczu w klubie z kibicem.
Pokrzykiwać na innych jest najłatwiej. Można w ten sposób sprytnie odwrócić uwagę od swoich błędów. Tego zjebie, tego też, no i tego. Mogę, bo kapitanem jestem. A że gram tak samo źle jak reszta? Nieważne. Nikt nie zauważa, bo przecież “mobilizuję drużynę”. Ciekawe co na to Korzym i Chinyama?
Mimo wszystko uważałam - i z braku laku nadal uważam - że Vuković najlepiej z całej ekipy nadawał się do pełnienia funkcji kapitana w Legii. Szala? Toż to filozof. Kiełbowicz? Miły chłopak, no ale proszę ja was - litości. Choto? Żyje w swoim świecie. Mucha? Trochę za daleko od sędziego. Rocki? Kandydat idealny, tyle że… nie wygrał rywalizacji o pierwszy skład.
Uważałam Vuko za ambitniaka. Miał w sobie coś. Przetrwał te najgorsze chwile, kiedy trybuny reagowały na niego niemal alergicznie. Potrafił bez znieczulenia powiedzieć swoje zdanie w każdej kwestii. Nie tulił uszu w sytuacjach, w których kilku z jego kolegów zwyczajnie by się schowało w mysią dziurę. Teraz jednak myślę, że Vuko to przede wszystkim egoista.
Osławiony już transfer do Wisły był zwykłym egoizmem. Wymuszenie na klubie nowego kontraktu za wszelką cenę, także za tą “sprzedania siebie” pomimo obietnic, zapewnień, że “w Polsce to tylko Legia, a na świecie to tylko Partizan i Legia”. I co z tego, że “wcale by do Wisły nie poszedł”? Zagrał moim klubem, moją drużyną, tym wszystkim, co my mu daliśmy od siebie, jako kartą przetargową. Myślał o czymkolwiek lub kimkolwiek poza sobą?
Tak zarabia na życie, to jego święte prawo - odpowiecie. Racja! Tylko, że przy okazji kreuje się na moralizatora, pozwalając sobie na teksty typu: “Żyleta jest śmieszna, kibice nam przeszkadzają, to skandal, a wszystko w imię partykularnych interesów i myślenia tylko o sobie”. Nie wdając się w dyskusje nad tym, czy ma rację, czy nie, zadam tylko jedno pytanie: I kto to mówi?
Mówi to gość, który obraził się na Legię, bo Trzeciak nie dał mu podwyżki. Niewielkiej podwyżki, od której Legia by nie zbiedniała - dodaje sam zainteresowany. Z czego wynika, że bez tej podwyżki Vuko też będzie godnie zarabiał. “Tak, ale to sprawa honoru. Trzeciak myśli: głupi Serb się zgodzi. No to się pomyli. Ja chcę szacunku” - mówi piłkarz. Do tego momentu wszystko gra. Ma ambicje zarabiać więcej, uważa że powinien zarabiać więcej, chce zarabiać więcej, zarabia na piłce. Git. W pierwszej chwili pomyślałam: dobrze Vuko, nie daj sobą pomiatać, walcz. I jeszcze - zobacz jak to jest, zrozum i nas, przecież właśnie masz okazję przekonać się, jak w tym klubie traktuje się kibiców. Nie liczy się nic - staż, wierność, przywiązanie. Liczy się tylko kasa. Teraz nad tym pomyśl, a może zrozumiesz.
Obawiam się jednak, że nie zrozumie, bo nie myśli o niczym i nikim poza czubkiem własnego nosa. Gnębią Vukovicia - jest źle. Gnębią innych - nie mój biznes. Z każdym dniem od momentu awantury z Trzeciakiem Vuković w moich oczach tracił i tracił. Najpierw jak mały obrażony dzieciak rzucił kapitańską opaską. Poczułam się oszukana. Myślałam, że to naprawdę zaszczyt i honor być tym kimś najważniejszym w zespole Legii Warszawa. Pomyliłam się. Ktoś powie - rzucił, bo uniósł się honorem. Odpowiem krótko - prawdziwy charakterniak potrafi wybrać to, co jest w danym momencie ważniejsze nie dla niego - dla sprawy. Kiedy gadałam z Rocky’m po meczu w Ostrowcu powiedział mi tak: “Ja jestem dumny, że doszło do tej konfrontacji. Nie było to może miłe, szczególnie że od legionistów dostało mi się przy kibicach Wisły, ale wyczekałem do końca i dostałem szansę. Trzeba ją było wykorzystać, nie unosić się honorem”. Czy Vuko byłoby stać na takie zachowanie?
Wątpię. Nie dostał czego chciał, więc chętnie poszedłby po grabki do innej piaskownicy. Że przy okazji pokazuje otwarcie pozostałym piłkarzom, gdzie ma wyniki i grę? On i tak wie, że to koniec. Tylko sposób odejścia wybrał nie taki, na jaki liczyłam.
Niestety, dla mnie jest jasne, że kapitan zszedł pierwszy z tonącego okrętu.
Komentarze (3)
